----------------------------------------
Za Bugiem krętołzawym,
łęgami z tańcem jaskółek
- za wiśniowymi sadkami
i jeziorem , jak rybie Oko.
Rozścielone, jak weselna chusta
w dzikie róże , jagody jałowca
z słowikiem, gdy miłośnie płacze.
Sześćset lat na mapach Wołynia
- wieś królewska,
polskie Rymacze.


Krzysztof Kołtun
Chełm 2012 r.


Rymacze

Zjazdy Kresowe

Polecane

Stroje

Literatura

!!! Uwaga !!!

Poszukujemy Rodów, Potomków z Rymacz i okolic. Więcej w zakładce "kontakt"




















--------------------------------
--------------------------------

      Ród Lewczuków od zawsze zamieszkujący w Rymaczach - przy wspólnym, dużym podwórku z Matyszczukami (Kiebunami). Po śmierci rodziców Józefa (zmarli oboje w jednym tygodniu, na tyfus panujący w okolicy) zostało dwóch braci, jako mali chłopcy. Józef szczególnie uzdolniony, wychowany przez ciotki, dorastając prowadził gospodarstwo po rodzicach i jako samouk - wciąż siedział w książkach, pożyczanych najczęściej z Lubomla i od Żydów. Ożenił się z Walerią Sawoszczuk. Podczas komasacji gruntów wsi Rymacze, wydzielony, jako młody, dobry gospodarz - otrzymał wszystkie grunty na chutorze wraz z Prończukami i innymi Rymaczanami. Chutor pod Wilczym Przewozem nazwano Nowiny w 1926 r. Tam pobudował obszerny dom i całe gospodarstwo wzorowe. W banku w Wilnie zaciągnął pożyczkę na 20 lat, (za co dokupił kilka h. ziemi i łęgi). Spłacił ją w 1939 r. tuż przed wybuchem wojny. Dzieci z tego małżeństwa to: Franciszka, Wiktor, Stanisław, Bronisław i Stanisława (moja mama, urodzona w 1926 r.). U Lewczuków na Nowinach mieszkał z nimi Paweł Lewczuk, bratanek (garbaty, chociaż wysoki i postawny mężczyzna) wychowany przez Józefa po śmierci jego rodziców, od dziecka. Józef Lewczuk zamordowany przez Ukraińców w Wiszniowie w 1944 r. w lutym - wracając ze szpitala od Pawła Lewczuka, bratanka - zabrano konia i sanie, 2 dni katowany z dwoma Rosjanami i głodzony - zamordowany w lesie, gdzie kopiąc mogiłę w trzech, jednemu złamał się szpadel i uciekł od oprawców. Za kilka dni u ks. Jastrzębskiego w Lubomlu - zeznał o śmierci Józefa Lewczuka. Ciała nigdy nie odnaleziono i nie wskazano, gdzie zostało zakopane - pomimo próśb babci, która dobrze znała Ukraińców w Wiszniowie. W dużym gospodarstwie u Lewczuków, służyli i pomagali sąsiedzi Ukraińcy. Józef (dziadek mój) sowicie ich opłacał, a także pomagał w trudnych życiowych chwilach. W 1943 r. po wymordowaniu pobliskich Ostrówek i okolicy - siedem razy bandy napadały na dom Lewczuków (zawsze ktoś z dobrych Ukraińców, sąsiadów ostrzegł, zawsze w porę uciekali na stację do Jagodzina, gdzie stacjonowali Niemcy, którzy zawsze udzielali pomocy). Do mojej mamy, gdy zajechaliśmy pierwszy i drugi raz na cmentarz do Rymacz - przyszły koleżanki Ukrainki - z szacunkiem witając, mówili - to nasza Pani. To od Lewczuków. Ich nikt nie zapomniał...


Krzysztof Kołtun